Diagnostyka onkologiczna to praca zespołowa

Lek. dent. Paweł Szczepaniak, specjalista chirurgii stomatologicznej i właściciel gabinetu Szczepaniak Stomatologia w Tychach, w rozmowie z redakcją nie tylko dzieli się wiedzą z zakresu chirurgii i implantologii, ale także podkreśla potrzebę edukowania zespołów stomatologicznych w zakresie wczesnego rozpoznawania zmian onkologicznych. Wywiad jest zapowiedzią dłuższego cyklu z tego zakresu tematycznego, który już w nowym roku pojawi się na łamach „Twojego Przeglądu Stomatologicznego” i na dentalmaster.pl.

Panie Doktorze, łączy Pan w swojej działalności zawodowej wiele aktywności – prowadzących do rozwoju własnych kompetencji klinicznych i biznesowych. Jaki jest sposób na tak wielokierunkowe działanie, którego efektem jest prowadzenie wielospecjalistycznej kliniki dentystycznej?

Jestem zadeklarowanym ewolucjonistą i często dostrzegam analogie między teorią ewolucji a funkcjonowaniem w biznesie i w zespole. Choć teoria Darwina powstała ponad dwa wieki temu, jej założenia wciąż doskonale tłumaczą mechanizmy dostosowywania się do zmieniającego się środowiska. Właśnie to dostosowywanie i elastyczność są dla mnie kluczowymi słowami – również w kontekście
prowadzenia wielospecjalistycznej kliniki. Współczesna praktyka stomatologiczna, podobnie jak organizmy w przyrodzie, musi nieustannie reagować na zmieniające się warunki – zarówno rynkowe, jak i społeczne. Tak jak organizmy jednokomórkowe są samowystarczalne, ale narażone na wiele zagrożeń, tak pojedynczy lekarz może być świetnym specjalistą, ale będzie mieć ograniczoną możliwość dotarcia do szerszej grupy pacjentów. Ewolucyjnym krokiem naprzód było powstanie organizmów wielokomórkowych – i podobnie można myśleć o zespole w klinice. Każda „komórka” ma ten sam genotyp, czyli wspólną misję i wartości, ale specjalizuje się w konkretnej roli. Taka specjalizacja sprawia, że działamy bardziej efektywnie, ale też wymaga zaufania, koordynacji i sprecyzowanych celów, które są odgórnie określane
i przekazywane. Nie każdy członek zespołu może (czy powinien) znać się na wszystkim, ale każdy powinien współpracować z sobą nawzajem i czynić starania, aby w konsekwencji placówka zmierzała we właściwym kierunku. W zespole – jak w stadzie – mamy naturalny podział ról: jest lider, są ci, którzy opiekują się „młodymi” (np. nowymi pracownikami), są ci, którzy dbają o bezpieczeństwo i komfort działania całej grupy. Lider, podobnie jak kapitan statku, wskazuje kierunek i podejmuje kluczowe decyzje,
ale to cała załoga sprawia, że jednostka działa sprawnie. Niezwykle ważnym elementem w działaniu naszego zespołu jest osoba menadżera. To swoiste spoiwo, które łączy różne piony i członków zespołu, dbając o przepływ informacji i koordynację ich wzajemnych działań. Menadżer troszczy się zarówno o wewnętrzny wizerunek firmy – czyli atmosferę, komunikację i kulturę organizacyjną – jak i zewnętrzny, czyli to, jak jesteśmy postrzegani przez pacjentów czy partnerów biznesowych. Jego zadaniem jest także zapewnienie ciągłości pracy poprzez stałą rekrutację i poszukiwanie nowych członków zespołu. W mojej pracy ogromne znaczenie ma wzajemny szacunek. Niezależnie od tego, czy mówimy o lekarzu specjaliście, asystentce, recepcjonistce czy osobie sprzątającej – każdy z nas ma swoją ważną rolę do odegrania. To właśnie dzięki dobrze przygotowanemu i współpracującemu zespołowi, o którym mówię z nieukrywaną dumą, możemy świadczyć usługi na najwyższym poziomie i rozwijać się jako klinika.

Wiele uwagi poświęca Pan implantologii i implantoprotetyce. Jakie zmiany nastąpiły w ostatnich latach w tej dziedzinie w Polsce i za granicą?

Uważam, że żyjemy w znakomitych czasach. Jeszcze nigdy tak wiele osób nie miało tak szerokiego dostępu do wiedzy – i to w tak przystępnej formie. Kiedyś to przede wszystkim ośrodki akademickie, dysponujące zapleczem i środkami, wyznaczały kierunki rozwoju. Dziś, dzięki technologii, również praktycy – często działający w pojedynkę – mogą realnie wpływać na rozwój stomatologii i medycyny. To, co niegdyś było dostępne jedynie nielicznym, dziś trafia „pod strzechy” – także te gabinetowe. Technologia demokratyzuje rozwój. Dlatego mam poczucie, że ten proces przebiega dwukierunkowo: z jednej strony nadal mamy ośrodki naukowe, które wyznaczają kierunki, z drugiej – wielu ponadprzeciętnych lekarzy, którzy wdrażają innowacje oddolnie, z praktyki. Implantologia jest w tym kontekście dziedziną szczególną – dynamiczną, żywą, stale ewoluującą. Nie powie- działbym, że zaszła w niej jakaś rewolucja – raczej obserwujemy przyspieszoną ewolucję. Zmiany nie są skokowe, ale następują bardzo szybko i mają realny wpływ na jakość leczenia. Dotyczą zarówno materiałów, narzędzi, jak i podejścia do planowania i protetyki. Jeszcze kilka lat temu, jeżdżąc na zagraniczne szkolenia, miałem poczucie, że Polska musi „gonić świat”. Dziś uważam, że jesteśmy na światowym poziomie – zarówno pod względem jakości leczenia, jak i wyposażenia, organizacji pracy czy obsługi pacjenta. Nie mamy się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie – coraz częściej to polscy specjaliści mają potencjał, by dzielić się swoją wiedzą i do- świadczeniem na arenie międzynarodowej.

Czy mógłby Pan Doktor przybliżyć nam temat „metamorfoz”, które można zobaczyć na stronie internetowej Pana gabinetu?

Jeśli chodzi o tzw. „metamorfozy”, które prezentujemy na stronie internetowej i w mediach społecznościowych – to nie tylko narzędzie marketingowe, ale i edukacyjne. Żyjemy w czasach, w których decyzje podejmujemy bardzo szybko, często na podstawie obrazu. Zmysł wzroku jest kluczowy przy dokonywaniu wyboru o zakupie różnego rodzaju produktów czy usług. Pokazując pacjentom realne efekty leczenia – zdjęcia „przed” i „po” – nie tylko inspirujemy, ale też pomagamy im lepiej zrozumieć, jakie zmiany są możliwe i jak wygląda nowoczesna stomatologia. To często pierwszy krok do tego, by ktoś odważył się zadbać o siebie – a potem zmienić nie tylko uśmiech, ale i całe życie.

Jakie wymagania powinien spełnić i jakimi predyspozycje powinien mieć lekarz pragnący kształcić się w dziedzinie implantologii?

Parafrazując ewangeliczne słowa: „Nawracajcie się!” – powiedziałbym dziś: „Edukujcie się!”. Bo edukacja to nie jest coś, co się kończy – to proces ciągły, nieustający, wymagający zdrowej pokory i dużej wytrwałości. To fundament rozwoju zawodowego, zwłaszcza w dziedzinach tak dynamicznych jak stomatologia. Implantologia to szczególna dziedzina – łączy w sobie elementy chirurgii, protetyki, periodontologii, a nawet medycyny estetycznej. Jest interdyscyplinarna, można by wręcz powiedzieć – eklektyczna, czerpie z dorobku wielu specjalności, tworzy z nich spójną i efektywną całość. Dlatego wymaga od lekarza zarówno szerokiej wiedzy, jak i gotowości do nieustannego doskonalenia się. Dziś możliwości edukacyjne są ogromne: od kursów, webinarów, przez praktyczne szkolenia prowadzone przez doświadczonych klinicystów, konferencje, aż po ścieżki akademickie. Co ważne – od niedawna lekarze w Polsce mogą ubiegać się o tytuł umiejętności w dziedzinie implantologii. To efekt wieloletnich starań m.in. śp. dr. Mariusza Dudy i Polskiego Stowarzyszenia Implantologicznego. Powstał oficjalny program kształcenia, który umożliwia zdobycie tej kwalifikacji w sposób usystematyzowany i zgodny ze światowymi standardami. Tytuł ten nie jest tylko dyplomem do powieszenia na ścianie – to formalne potwierdzenie wiedzy i umiejętności, uznawane przez Ministerstwo Zdrowia. To ważna informacja nie tylko dla lekarzy, ale i dla pacjentów, którzy dzięki temu mogą mieć pewność, że trafiają w ręce profesjonalisty, który przeszedł rzetelną ścieżkę edukacyjną. Dlatego jeśli ktoś myśli o implantologii na poważnie, „przepisem” na sukces jest jedno słowo: edukacja – ciągła, świadoma i oparta na najlepszych wzorcach.

Wiadomo, że istotą utrzymania pięknego uzębienia oraz zachowania trwałości precyzyjnych uzupełnień protetycznych czy protetyczno-implantologicznych jest odpowiednia higiena jamy ustnej. Jak motywuje Pan swoich pacjentów do dbałości o higienę jamy ustnej?

W naszej placówce ogromną rolę odgrywają higienistki stomatologiczne – osoby doskonale przygotowane nie tylko do przeprowadzania higienizacji, ale też do edukowania pacjentów i kontrolowania ich stanu przyzębia. Wciąż, niestety, funkcjonuje przekonanie, że tylko lekarz może „prawidłowo” zadbać o pacjenta – podobnie jak pokutowało kiedyś przeświadczenie, że tylko lekarz może prowadzić ciążę czy odbierać poród. Tymczasem na Zachodzie to właśnie położne prowadzą fizjologiczne ciąże, a lekarz wkracza dopiero w sytuacjach trudnych. I podobnie powinno być w stomatologii – rola higienistek powinna być doceniona i odpowiednio wykorzystywana. Higienistki i asystentki wykonują w gabinecie także skany wewnątrzustne, wyciski analogowe czy zdjęcia wewnątrzustne. To także pozwala na zaoszczędzenie czasu pracy lekarza, który może w tym momencie wypełniać historię choroby lub wykonać równolegle wizytę kontrolną u innego pacjenta. U nas w klinice, po przeprowadzonej przez lekarza wizycie konsultacyjnej, to właśnie higienistki wpro­wadzają pacjenta w proces leczenia, rozpoczynając od higienizacji i edukacji, a potem instruują pacjenta po zakończonym leczeniu, jak dbać o efekty, i prowadzą go dalej w ramach regularnych wizyt. Dzięki współpracy z lekarzem periodontologiem – dr Katarzyną Latusek – nasze higienistki są również przeszkolone w zakresie diagnostyki chorób przyzębia i stanowią pierwszy punkt kontaktu z pacjentem, potrafiąc rozpoznać moment, w którym konieczna jest interwencja specjalistyczna. Uważam, że to bardzo logiczne rozwiązanie – lekarz, który może w tym samym czasie wykonywać zaawansowane procedury kliniczne, nie musi osobiście zajmować się podstawową higieną. A higienistka, która ma czas,kompetencje i zapał, zrobi to równie dobrze, a często nawet lepiej, bo czuje się w tej roli doceniona i odpowiedzialna. Podsumowując: higiena jest kluczowa – ale jej prowadzenie i monitorowanie to zadanie dla wykwalifikowanego personelu, który w naszej klinice odgrywa ogromnie ważną rolę.

W Pana działalności klinicznej, profilaktycznej i oświatowej istotne znaczenie ma dbałość o profilaktykę i świadomość onkologiczną pacjentów. Czy w obecnym czasie zagrożenie rozwojem nowotworów głowy i szyi wzrosło? Jaka jest świadomość lekarzy i pacjentów w tym zakresie?

Podczas stażu specjalizacyjnego w poradni chirurgii twarzowo-szczękowej nauczyłem się nie tylko rozpoznawać choroby nowotworowe, ale też rozmawiać z pacjentami o tak trudnych diagnozach. To doświadczenie pozwoliło mi nabrać dystansu – nie w sensie braku empatii, lecz umiejętności podejmowania decyzji w sposób racjonalny i rzetelny. W medycynie emocje bywają złym doradcą – mogą prowadzić do opóźnień, błędów czy pochopnych decyzji. Dlatego staram się, by każde podejrzenie choroby nowotworowej było traktowane rzeczowo, z pełnym spokojem i profesjonalizmem. Emocje – moje i pacjenta – powinny zejść na plan dalszy, co nie znaczy, że powinny zostać pominięte. Na pierwszorazowych wizytach zawsze mam z tyłu głowy konieczność diagnostyki onkologicznej. To element rutynowej oceny pacjenta. Co ważne – w tym procesie ogromną rolę odgrywa również mój zespół higienistek. Dzięki szkoleniom dr Katarzyny Latusek są one szczególnie wyczulone na zmiany w obrębie błony śluzowej i bardzo często to właśnie one jako pierwsze dostrzegają coś niepokojącego podczas wizyt kontrolnych i kierują na dalsze badania do mnie, dr Latusek lub innych pracujących u nas specjalistów. Jeśli chodzi o świadomość społeczną – temat nowotworów głowy i szyi jest dziś obecny w przestrzeni medialnej, nie jest już tematem tabu. Pojawiają się liczne kampanie i akcje edukacyjne, które przybliżają pacjentom ten problem. Jednak wciąż istnieją bariery. Część pacjentów unika tematu z lęku – zgłaszają się dopiero w późnych stadiach choroby. Z kolei niektórzy lekarze, obawiając się odpowiedzialności czy nie czując się pewnie w dalszym prowadzeniu takich przypadków, mogą mieć trudność w prawidłowym pokierowaniu pacjentem. Dlatego tak ważne są dwie rzeczy: edukacja – zarówno pacjentów, jak i lekarzy – oraz odwaga w podejmowaniu tematu. Wczesna diagnostyka ratuje życie, a naszym zadaniem jako zespołu jest nie tylko leczenie, ale też uważna obserwacja i kierowanie pacjentów na odpowiednią ścieżkę, kiedy tylko pojawia się cień podejrzenia choroby nowotworowej.

Czy zdaniem Pana Doktora zagadnienie kształcenia przed- i podyplomowego w zakresie profilaktyki onkologicznej w Polsce jest realizowane w odpowiedni sposób i w wystarczającym zakresie?

Z niepokojem obserwuję wysyp samozwańczych „ekspertów” w mediach społecznościowych czy telewizji. Często sprowadzają oni temat profilaktyki onkologicznej, a także leczenia (!) do absurdalnych uproszczeń – jak wiara w „cudowną” witaminę C albo mity o jej rzekomo lepszej, lewoskrętnej odmianie. Takie fake newsy trafiają na podatny grunt, bo ludzie naturalnie szukają prostych recept i szybkich rozwiązań. Niestety w przypadku chorób nowotworowych one po prostu nie istnieją. Im ktoś ma większą wiedzę, tym częściej odpowiada: „to zależy”. Bo nowotwory to nie jest jeden problem, a cała grupa chorób o różnym przebiegu i rokowaniach. Dlatego prawdziwa edukacja musi być zniuansowana, a nie uproszczona do jednego sloganu. I tu zaczyna się trudność – pacjentom często łatwiej przyjąć prostą teorię spiskową niż skomplikowane, choć prawdziwe wyjaśnienie. Rolą lekarzy – również stomatologów – jest przełamywanie tych barier. Zdarza się, że pacjent bagatelizuje zmiany, które nie goją się tygodniami, a lekarz próbuje „na siłę” na przykład dopasować protezę, zamiast od razu skierować pacjenta na dalszą diagnostykę. To właśnie tutaj edukacja medyczna, przed- i podyplomowa, powinna mocniej akcentować profilaktykę onkologiczną. Potrzebujemy systemowych rozwiązań. Punkty edukacyjne istnieją, ale być może część z nich powinna być obowiązkowo przypisana do szkoleń z zakresu onkologii i wczesnej diagnostyki. To realnie poprawiłoby jakość opieki nad pacjentem i zwiększyło świadomość w środowisku lekarskim. Podsumowując: temat profilaktyki onkologicznej jest obecny, ale realizowany fragmentarycznie. Konieczne jest działanie „z głową” – tak aby lekarze byli przygotowani do rozpoznawania pierwszych sygnałów, a pacjenci mogli liczyć na rzetelną wiedzę, a nie mity powielane w internecie.

Czy poza imponującą działalnością zawodową znajduje Pan czas na pasje pozazawodowe?

Zdecydowanie tak. Parafrazując powiedzenie, że dobry ratownik to żywy ratownik, można by rzec: dobry lekarz to zdrowy lekarz. A zdrowie to nie tylko wiedza i kompetencje, ale także styl życia. Lekarz swoją postawą może dawać przykład pacjentom – pokazywać, że dbanie o siebie to nie pusty slogan, lecz realne działania. Osobiście znajduję ogromną satysfakcję i równowagę w sporcie. Od kilku lat regularnie trenuję kilka razy w tygodniu. Najpierw były to starty triathlonowe, dziś przede wszystkim biegi i ultradystansowe zawody kolarskie. Sam start w zawodach jest dla mnie nagrodą, ale najważniejsza pozostaje droga – codzienne przygotowania, przełamywanie słabości, szukanie motywacji. Nie zawsze chce się wyjść na trening, ale wiem, że ruch to zdrowie, a konsekwencja buduje siłę – i ciała, i charakteru. Ogromne znaczenie ma też towarzystwo. Otaczam się ludźmi, którzy również mają podobne wartości – i dzięki temu motywacja rośnie, bo w grupie łatwiej się wspierać i mobilizować. Staram się angażować w aktywność sportową także rodzinę. To daje mi podwójną satysfakcję: z jednej strony stanowi przykład dla pacjentów, a z drugiej – jest najcenniejszą lekcją zdrowia i spędzania wspólnego czasu dla moich najbliższych.

Zapisz się na nasz newsletter, aby otrzymać dostęp do pełnej treści arykułu.